niedziela, 15 października 2017

Witaj, piąty roku!

Właściwie nie wierzę w cuda, ale muszę przyznać, że moje zaliczenie ósmego semestru jest jednym z nich.
Jeśli zastanawialiście się, czy da się w trakcie sesji odwiedzić cztery kraje, później zostać przykutym do łóżka przez anginę ropną, a finalnie zaliczyć wszystkie przedmioty, to mogę Was zapewnić - da się!

Szczególnie wesoło wspominam egzamin z rozrodu koni. Był on w pewien czerwcowy czwartek. Ja jeszcze w środę siedziałam w Wenecji nad brzegiem Il Canal Grande, machając nogami i jedząc kawałek pizzy. No dobrze, właściwie to suchą bułkę, ale pizza brzmi bardziej klimatycznie. Samolot miałam dopiero o 17:30, więc mogłam praktycznie przez pół dnia korzystać z włoskiego słońca. O 19:10 przylot do Krakowa, o 21 Polski Bus i przyjazd do Lublina o 2 w nocy w czwartek. Egzamin o 10. Wszystko idealnie rozplanowane. Co mogłoby pójść nie tak?
No cóż, nie przewidziałam, że nad Wenecją rozpęta się burza. Może nie żaden huragan czy oberwanie chmury, ale zwykła burza, uniemożliwiająca planowe startowanie samolotów. W efekcie spędziłam na lotnisku stanowczo więcej czasu niż przewidywałam, wzbudzając ogólną wesołość, gdy wyciągnęłam z plecaka kocyk i poduszkę i ułożyłam się do snu. Na krakowskim lotnisku znalazłam się po 23, a na Dworcu Głównym w okolicach 1 w nocy. Polski Bus do Lublina znajdował się w strefie marzeń. Zostawał pociąg o 5 rano. Co do tego czasu? Gotowa byłam już po raz kolejny wyciągać kocyk, ale okazało się, że koleżanka wynajmuje pokój hotelowy tuż obok dworca i użyczy mi kawałka łóżka. Byłam bliska rozpłakania się ze szczęścia. Po dwóch godzinach snu i czterech podróży pociągiem zdążyłam wpaść do mieszkania w Lublinie, wziąć szybki prysznic, założyć na grzbiet koszulę i pobiec na egzamin, na który notatki przeczytałam tylko raz podczas koczowania na lotnisku.
I co?
Zdałam!
Wprawdzie miałam problem nawet z napisaniem, jak się nazywam, ale z zakamarków zmęczonego umysłu udało mi się wygrzebać odpowiedzi na pytania.
Albo po prostu miałam szczęście i ktoś nie czytał mojej pracy.

Wracając do tematu wpisu... Oto jestem na piątym roku.
Czy czuję się mądrzejsza? Nie.
Dojrzalsza? Nie.
Czy czuję, że od zdobycia tytułu lekarza dzielą mnie już tylko trzy semestry? Nie.
Czy jestem przerażona zbliżającą się odpowiedzialnością i mam ochotę przeleżeć resztę życia pod kocykiem, oglądając bajki Disneya? Tak.

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że zajęcia prezentują się lepiej niż dotychczas. Wprawdzie jest interna i chirurgia małych zwierząt, na których naprawdę coś robimy i musimy prezentować "lekarski" tok myślenia, ale to tylko dwa przedmioty wśród całej masy. Resztę stanowią choroby ptaków (myślałam, że po rybach nie czeka mnie już żaden koszmar), zakazy i chirurgia bydła, czyli jedna wielka slajdologia, puszki, prewencja, dietetyka, andrologia i rozród. Interesująca jest jeszcze sądówka, ale zajęcia trwają 45 minut. Naprawdę mi się podobają, ale zleciały tak szybko, że nawet nie zdążyłam dobrze wczuć się w klimat. Jakby mało było atrakcji, z ptaków trzeba wyrobić staż, którego termin narzucony jest odgórnie. Niektórym wypada na Święta Bożego Narodzenia, innym na Wielkanoc, weekend majowy, a część przegrywów będzie miała go dopiero na szóstym roku. Możecie zgadywać, w której grupce się znajduję. Nigdy nie miałam farta do takich rzeczy.

Miałam bardzo ambitny plan załapać się na praktyki na radiologii, bo czarno-białe obrazki to coś, co naprawdę mi się podoba. Na czwartym roku niby wszyscy nas zapraszali, a teraz, gdy przyszło co do czego, dostałam odpowiedź odmowną. Ponieważ musiałam czekać na nią tydzień, przepadła mi możliwość dostania się do prywatnych klinik. I tak wylądowałam na praktykach w miejscu, w którym nigdy bym się nie widziała, ale kto wie, może to przeznaczenie?

Do usłyszenia!

PS Ale ten koncert był dobry!

piątek, 22 września 2017

Oneshot #9

Wieczór. W gabinecie ja i Janek. Proszę następną osobę z kolejki, na co wpada do środka babeczka w średnim wieku. Widziałam, że siedziała na korytarzu od dobrej godziny. Lekarz z drugiego gabinetu zapraszał ją wcześniej do siebie, ale ona stwierdziła, że czeka do Janka. Często tak bywa, nic dziwnego. Natomiast klient przychodzący bez zwierzęcia zdarza się dużo rzadziej.
Pani wchodzi, łypie na mnie podejrzliwie, po czym postanawia mnie ignorować, odwraca się plecami i przenosi całą swoją uwagę na Janka.
- Czy może pan wyjąć kleszcza?
Mój ulubiony pan doktor nawet na nią nie zerka, wypełniając coś zawzięcie w papierach. Odpowiada więc automatycznie.
- Tak, nie ma problemu.
Babeczka aż pokraśniała.
- To cudownie, bo wie pan, na pogotowiu takie kolejki...
- Co? - Janek podnosi głowę znad biurka i zauważa brak zwierzęcia. - Zaraz, to pani ma tego kleszcza?
- No tak - potwierdza radośnie kobieta. - I ja sama nie potrafię i się boję...
- Nie, nie, nie... Nie mogę wyciągnąć kleszcza z pani. To w ogóle nie wchodzi w grę.
- W internecie przeczytałam, że najlepiej z tym iść do weterynarza... I specjalnie czekałam do pana doktora, bo pan tutaj ma największe doświadczenie, tak pięknie pan zoperował mojego psa...
Największe doświadczenie... Jasne. Jak dla mnie bardziej chodziło o to, że Janek wygląda trochę jak Derek Sheperd. Po jeszcze jednej odmowie babka kapituluje.
- Może pan chociaż zerknąć, czy to na pewno jest kleszcz? Bo wie pan, mi tak w sumie ciężko zobaczyć i nie jestem pewna.
- Dobrze, niech pani pokaże, jeśli koniecznie musi...
Tak też zrobiła. A raczej próbowała. Udało nam się ją powstrzymać, gdy już ściągała majtki.


sobota, 16 września 2017

Każdy ma jakieś słabości...

Może niektórzy pamiętają mój post sprzed roku, w którym zwierzałam się ze swojego strachu odnośnie igieł. Chociaż strach to nie do końca adekwatne słowo. Upraszczając sprawę - mdleję przy jakiejkolwiek ingerencji igłami w ludzkie ciało. Zwłaszcza moje. Ostatnio byłam na badaniach krwi, sukces był taki, że udało mi się nie stracić przytomności. Ale tylko dlatego, że trafiłam na wspaniałe pielęgniarki, które zawczasu ustabilizowały mnie w pozycji poziomej.
Kiedy opowiedziałam tę historię ekipie z lecznicy, Maciek uznał to za niezwykle zabawne. Postanowiliśmy, w imię nauki rzecz jasna, zrobić mały eksperyment. Jedną rękę potraktowałam lidokainą w żelu, drugą w sprayu. Wnioski - ta w żelu działa lepiej, ale obie w zasadzie niewiele dają. A na pewno nie są wystarczające, żebym nie zasłabła przy próbie założenia wenflonu.

Miałam wrażenie, że tylko ja jestem takim ułomem, który tak reaguje. W końcu lekarz weterynarii powinien być silny, niezłomny i nie brzydzić się niczego. Na szczęście rzeczywistość pokazała, że ludzie są tylko ludźmi.

Na stole zabiegowym mamy śpiącego kota z gigantycznym ropniem po pogryzieniu. Właściciel się ulotnił, zostałam sama z Maćkiem. Wszystko wygolone, zdezynfekowane, Maciek nacina skórę i z kota dosłownie wylewa się ropa. Ja przyglądam się z zafascynowaniem, a on...
- Jaszczurka, dokończysz? - pyta Maciek, który nagle magicznym sposobem znalazł się w drugim końcu gabinetu i dziwnie pozieleniał na twarzy.
- .... JA?!
- Spokojnie, powiem ci po kolei, co masz robić. - Nieszczególnie mnie to przekonuje, zważywszy, że pan doktor patrzy w okno.
- Ale...
- Oj daj spokój, poradzisz sobie. - Skubaniec wie, od której strony mnie podejść. - Po prostu mi niedobrze, okej? Nie mogę, ropnie są dla mnie po prostu obrzydliwe. Ale spokojnie, zaraz mi przejdzie.
I faktycznie. Po chwili zrobiło mu się lepiej i wspólnymi siłami udało nam się oczyścić ranę.

Innym razem był późny wieczór, a do nas przyniesiono całkiem nieżywą świnkę morską. Lubię robić sekcje zwłok. Może to nienormalne, ale takie już mam zboczenie. Dobrze odnalazłabym się w weterynarii sądowej. Wracając do denatki... Akurat na dyżurze byłam z Anią, stażystką. Stwierdziłyśmy - kroimy! Po przecięciu skóry i tkanki podskórnej okazało się, że świnka pachnie... no cóż, rozkładającą się świnką. Na mnie nie zrobiło to szczególnego wrażenia, ale Ania zbladła i oddaliła się na bezpieczną odległość. Zaraz zaczęła się tłumaczyć, że powinna się przyzwyczaić do takich zapachów, ale... Przerwałam jej szybko, zapewniając, że może potrafię wytrzymać taki zapach, ale za to zemdleję, jeśli tylko ukłuje mnie igłą, więc wcale lepsza nie jestem. I jednej i drugiej zrobiło się lepiej, bo nie ma to jak wspierać się w swoich ułomnościach :D

Kolejna sytuacja - golę śpiącego psa przed zabiegiem. Praktycznie całą tylną łapę. A co się stało? Ano kości piszczelowa i strzałkowa złamały się tak, że noga wygląda, jakby zyskała nadprogramowy staw z całkiem sporą ruchomością. I kiedy musiałam podnieść łapę, żeby ogolić ją od spodu, wyginała się ona pod bardzo nienaturalnymi kątami. Niezbyt przyjemny widok, ale idzie przeżyć. A jeden z lekarzy musiał wyjść z pomieszczenia, bladozielony na twarzy, mamrocząc pod nosem, jak bardzo brzydzi go ortopedia i że ortopedzi muszą być psychopatami :D

Podsumowując... Czasami dostaję pytania, jak to jest z zapachami i widokami na weterynarii i czy da się do tego przyzwyczaić. Jak widać jednoznacznej odpowiedzi nie ma. To co u jednego nie spowoduje nawet drgnięcia powieki, kogoś innego może pozbawić równowagi. Jeśli mdlejecie na widok kropelki krwi - może być ciężko. Ale jakie nudne byłoby życie, gdybyśmy nie ryzykowali i nie podejmowali głupich decyzji!

czwartek, 24 sierpnia 2017

Historia nauki dawania w kanał

W lecznicy trwają zakłady, kto nauczy mnie skutecznie zakładać wenflon.
Zazwyczaj po naciągnięciu skóry nie mogę znaleźć żyły, ale bywa też tak, że trafiam idealnie i przebijam ją na wylot. Ewentualnie nie potrafię zgrać ruchu wyjmowania igły z wsuwaniem całej reszty, panikuję i wyciągam całość z żyły. Tak, jestem niemal zupełnie pozbawiona zdolności manualnych (dlatego nigdy nie uda mi się opanować wstępu do Thunderstruck, chociaż gram na gitarze od czternastu lat)
Wszyscy dają mi masę dobrych rad, pokazują swoją technikę... I nic. Porażka za porażką.
Oczywiście jest jedna osoba niewtajemniczona w nasze szpitalne zabawy. Janek. Janek większość czasu zajęty jest swoimi Ważnymi Badaniami i drugą pracą, w której zarabia miliony. Do nas wpada jak burza, zajęty milionem czynności i jakimiś dziwnymi przypadkami, więc ogarnia otoczenie na pół gwizdka.

Pewnego dnia dosłownie wbiega na szpital z beaglopodobnym psem pod pachą, stawia go na stole i rzuca do mnie i do rok młodszego kolegi z wolontariatu:
- Kto zakłada wenflon?
Spoglądam na kolegę. On spogląda na mnie. Normalnie byśmy się pobili, jednak nikt nie chce zgarnąć od Janka ochrzanu za krzywo założona stazę czy coś w tym stylu.
- Kto potrafi?
Znowu wymiana spojrzeń. Mentalne "kamień-papier-nożyce". Niestety remis.
- Nikt nie potrafi, świetnie. - Janek dopełnia to zdanie teatralnym westchnięciem.
O nie, tak nie będziemy pogrywać. Wkurzył mnie. Zaczynam wszystko przygotowywać z prędkością huraganu. Janek patrzy z lekkim zaskoczeniem. Chyba miał nadzieję, że zgłosi się kolega, bo z nim złapał jakąś nić porozumienia. Mi nadal daje tak ambitne zadania jak "znajdź moją pieczątkę", "znajdź mi dobrą taśmę klejącą", "wyłącz mikroskop". To oznaka najwyższego zaufania, no nie?
Golę, dezynfekuję, zaciskam stazę, pojawia się całkiem ładna żyła. Mogłaby być większa, ale cóż. Naciągam skórę, dzięki boru żyła nie znika całkowicie. Dla pewności sprawdzam palcem, po czym sięgam po wenflon..
- Dwója.
Patrzę na Janka, całkowicie wybita z rytmu.
- Co się stało?
- Dotknęłaś palcem zdezynfekowaną skórę. I tak chciałaś się wkłuć?
Oczywiście miał rację. Co nie zmienia faktu, że mnie zirytował. Dezynfekuję więc jeszcze raz i jednym sprawnym ruchem wenflon ląduje w żyle. Jakbym nie robiła w życiu nic innego. Nawet ręka mi nie zadrżała i nie miałam żadnych problemów z synchronizacja ruchów. Szczerze mówiąc przez myśl mi nie przeszło, że mogłoby mi się nie udać.
Janek zerka na mnie podejrzliwie i próbuje przepłukać. Bez problemu. Przy braku możliwości przyczepienia się do czegokolwiek, łapie psa pod pachę i znika na sali operacyjnej.
Ja przez chwilę wręcz unoszę się z euforii, ale na szczęście jakiś pies postanawia się zsikać i sprowadza mnie tym samym na ziemię.

A jak nie wychodziło z tymi wenflonami, tak nie wychodzi. Swój sukces udało mi się powtórzyć jak do tej pory tylko raz, na spokojnym labradorze, który miał żyły wielkości rury kanalizacyjnej. W temacie podjętych prób straciłam rachubę.

Naprawdę szczerze podziwiam wszystkich, którzy potrafią założyć wenflon człowiekowi. Szacun dla Was


PS Dziś cewnikowałam, pies zrobił na mnie kupę, a szczeniak, którego spuściłam z oka na dosłownie dwadzieścia sekund, rozwalił klatkę tlenową. Niekończące się pasmo sukcesów!

piątek, 18 sierpnia 2017

Oneshot #8

- No dobra, Jaszczurka, no to przyjmuj następnego pacjenta.
Rozejrzałam się odruchowo, chcąc znaleźć w pobliżu inne stworzenie o tym samym imieniu. Na próżno.
- Ja?!
- Tak, kojarzę tego pana, on tylko na kontrolę, zbierzesz wywiad, wklepiesz do komputera, ja zaraz wrócę.

Cóż było robić. Zaprosiłam pana do gabinetu. Siadłam na fotelu lekarza, czując się tak cholernie nieswojo, ale udając profesjonalizm, poprosiłam go, aby się przedstawił i wyjaśnił, co go sprowadza.
- Nazywam się Jan Kowalski, ale kotka w sumie może być na żonę Monikę, sam już nie wiem. Przyniosłem kał do badania, nie pamiętam jakiego, ale tam tydzień temu coś znaleźliście i miałem przyjść jeszcze raz, więc przychodzę. Kotek czuje się już świetnie, poprawa była natychmiastowa, no aż mi się wierzyć nie chciało! Mam jej nadal dawać tę karmę? Bo wie pani, ona je teraz tą *nazwa, która absolutnie nic mi nie mówi*, ale chcieliśmy przestawić ją na *nazwa, która nie mówi mi nic jeszcze bardziej*, a w ogóle to wczoraj jedliśmy na kolację takie serdelki z Lidla, kojarzy pani? Takie małe. I dostała trochę. No właściwie prawie całego. I zjadła z apetytem. Ja wiem, że takich serdelków to kotu nie bardzo, ale coś jej się stanie? To znaczy, że można rozszerzyć dietę? I w ogóle kiedy ją można zaszczepić? Nie wiem, w sumie na co się szczepi koty. Na wściekliznę? Jakiś znajomy niby szczepił swojego kota na wściekliznę, ale ja to nie wiem, chyba obowiązku nie ma, to znaczy, że nie chorują? A może na ten katar? Na wszystko byśmy chcieli. To można na raz? I odkłaczyć ją byśmy chcieli. W sumie to nie wiem, czy jej to potrzebne, ale wczoraj jak wyszła z koszyka to trzy razy tak jakby jej się odbiło. Zaniosłem ją szybciutko do kuwety, ale nic się nie stało. I tak nie wiem, może zjadła trochę pompona? Wczoraj jej przymocowaliśmy do koszyka. Strasznie się nim lubi bawić. Taki pompon to może kotu zaszkodzić? Jakby zjadła? Ale chyba nie zjadła. I nie wiem, jak się odkłacza koty? Słyszałem coś o jakiejś paście? A no i pazury, czy kotom obcina się pazury? Jak i co ile?

Wszystko to było wypowiedziane niemal na jednym wdechu, a zanim zdążyłam pozbierać swoją opadniętą szczękę (właściwie to żuchwę, ale to źle brzmi :D) z podłogi i wykonać choćby jedno kliknięcie myszką, wrócił lekarz.
- Jaszczurka, dlaczego nawet nie otworzyłaś wizyty? Co ty tak długo tutaj robiłaś?
... Medytowałam.

Stwierdziłam, że powinno pojawiać się tu więcej "mojej" muzyki, bo gdy wpis nie sprowokuje do rozmowy, zawsze może zrobić to piosenka.

PS Robiłam dziś po raz pierwszy w życiu USG!!!

środa, 9 sierpnia 2017

Oneshot #7

Ostatnio w lecznicy usłyszeć można takie dialogi:
X: Jaszczurka, chodź do mnie do gabinetu!
Y: Nie, ona przyjmuje ze mną!
X: Nie, ona jest mi absolutnie niezbędna!
Y: Z tobą przyjmowała wczoraj, teraz idzie do mnie!

Nie myślcie sobie, że jestem komukolwiek niezbędna, tu chodzi o coś zupełnie innego. Zwycięzca tego pojedynku rozsiada się na krześle w gabinecie i wypowiada magiczne słowa:
- Jaszczurka, no to idź zawołaj kolejnego pacjenta.
A gdy wychodzę do poczekalni i najmilej jak potrafię zapraszam następną osobę do gabinetu... Nagle nikt nie jest pierwszy w kolejce.
- A nie... Ja wcale tak długo nie czekam...
- Ja? Ja byłam za tamtym panem...
- Nie, bo ja to tutaj do jedynki czekam...
Wreszcie dzisiaj trafiła się jedna odważna starsza pani, która zerwała się z krzesła, słysząc tą słowną przepychankę i podreptała za mną, zachwycona, że przyszła jako ostatnia i od razu wchodzi.
- Ja naprawdę nie wiem, czemu nikt nie chce z panią iść...
Ja też nie wiem, ale mój irokez we wszystkich kolorach tęczy może być pewną poszlaką.

czwartek, 27 lipca 2017

Oneshot #6 - Wystawca

Przychodzi pan z buldożkiem francuskim. Zaczyna się dobrze. Nie wiedzieć czemu najwięcej anegdotycznych sytuacji generują wizyty buldożków i yorków, ale może nie ciągnijmy tego tematu, bo znowu wyjdę na uprzedzoną.
Z opisu właściciela dowiadujemy się, że pies prezentuje objawy popularnej "sraczko-rzygaczki". A z kolei z obserwacji można wywnioskować, że stworzenie padło ofiarą mody na skrócone pyski. Żeby Wam to zobrazować...  Kojarzycie, jak brzmi odpalanie starego Żuka? Starego Żuka, który stał kilka miesięcy w garażu? Taki właśnie akompaniament towarzyszy oddychaniu buldożka. Aż wyobrażam sobie, jak satysfakcjonujące byłoby wycięcie mu podniebienia miękkiego. Plastyka skrzydełek nosa też pewnie by się przydała. I ogólnie to podłączyłabym go pod tlen, bo brzmiało to, jakby pies miał zaraz stracić przytomność. Ale uwaga lekarza na temat oddychania zostaje zbyta machnięciem ręki i pobłażliwym "te psy tak mają" (w domyśle "wypchaj się pani ze swoją wiedzą z durnych szkół, ja wiem lepiej"). Trudno, trzeba zająć biegunką. Wypadałoby założyć dostęp dożylny, pobrać krew, podać płyny. Szykuję wszystko standardowo, aż nagle jeden szczegół wzbudza u właściciela niepokój:
- Pani będzie golić łapę?
No tak, maszynka do golenia w ręku działa na niektórych jak czerwona płachta na byka. Zerkam na panią doktor, jako że osobą decyzyjną nie jestem.
- Tak - potwierdza, wyraźnie znużona, jakby wiedząc w którą stronę popłynie rozmowa.
- Musi pani? Wolałbym, żeby nie miał łysej łapy.
- A czemu?
- Bo my - Tutaj następuje dumne wypięcie piersi - to na wystawy jeździmy!
...
...
...
A kurtyna spada i zabija się na miejscu.


Jeśli nie rozumiecie mojego mindfucku - we wzorcu rasy FCI czytamy, że upośledzenie oddychania jest wadą dyskwalifikującą psa zarówno z wystaw jak i z hodowli. Więc wolę nie wiedzieć, co się dzieje na zawodach, gdzie przepuszczają psy z takimi zaburzeniami.