środa, 9 sierpnia 2017

Oneshot #7

Ostatnio w lecznicy usłyszeć można takie dialogi:
X: Jaszczurka, chodź do mnie do gabinetu!
Y: Nie, ona przyjmuje ze mną!
X: Nie, ona jest mi absolutnie niezbędna!
Y: Z tobą przyjmowała wczoraj, teraz idzie do mnie!

Nie myślcie sobie, że jestem komukolwiek niezbędna, tu chodzi o coś zupełnie innego. Zwycięzca tego pojedynku rozsiada się na krześle w gabinecie i wypowiada magiczne słowa:
- Jaszczurka, no to idź zawołaj kolejnego pacjenta.
A gdy wychodzę do poczekalni i najmilej jak potrafię zapraszam następną osobę do gabinetu... Nagle nikt nie jest pierwszy w kolejce.
- A nie... Ja wcale tak długo nie czekam...
- Ja? Ja byłam za tamtym panem...
- Nie, bo ja to tutaj do jedynki czekam...
Wreszcie dzisiaj trafiła się jedna odważna starsza pani, która zerwała się z krzesła, słysząc tą słowną przepychankę i podreptała za mną, zachwycona, że przyszła jako ostatnia i od razu wchodzi.
- Ja naprawdę nie wiem, czemu nikt nie chce z panią iść...
Ja też nie wiem, ale mój irokez we wszystkich kolorach tęczy może być pewną poszlaką.

czwartek, 27 lipca 2017

Oneshot #6 - Wystawca

Przychodzi pan z buldożkiem francuskim. Zaczyna się dobrze. Nie wiedzieć czemu najwięcej anegdotycznych sytuacji generują wizyty buldożków i yorków, ale może nie ciągnijmy tego tematu, bo znowu wyjdę na uprzedzoną.
Z opisu właściciela dowiadujemy się, że pies prezentuje objawy popularnej "sraczko-rzygaczki". A z kolei z obserwacji można wywnioskować, że stworzenie padło ofiarą mody na skrócone pyski. Żeby Wam to zobrazować...  Kojarzycie, jak brzmi odpalanie starego Żuka? Starego Żuka, który stał kilka miesięcy w garażu? Taki właśnie akompaniament towarzyszy oddychaniu buldożka. Aż wyobrażam sobie, jak satysfakcjonujące byłoby wycięcie mu podniebienia miękkiego. Plastyka skrzydełek nosa też pewnie by się przydała. I ogólnie to podłączyłabym go pod tlen, bo brzmiało to, jakby pies miał zaraz stracić przytomność. Ale uwaga lekarza na temat oddychania zostaje zbyta machnięciem ręki i pobłażliwym "te psy tak mają" (w domyśle "wypchaj się pani ze swoją wiedzą z durnych szkół, ja wiem lepiej"). Trudno, trzeba zająć biegunką. Wypadałoby założyć dostęp dożylny, pobrać krew, podać płyny. Szykuję wszystko standardowo, aż nagle jeden szczegół wzbudza u właściciela niepokój:
- Pani będzie golić łapę?
No tak, maszynka do golenia w ręku działa na niektórych jak czerwona płachta na byka. Zerkam na panią doktor, jako że osobą decyzyjną nie jestem.
- Tak - potwierdza, wyraźnie znużona, jakby wiedząc w którą stronę popłynie rozmowa.
- Musi pani? Wolałbym, żeby nie miał łysej łapy.
- A czemu?
- Bo my - Tutaj następuje dumne wypięcie piersi - to na wystawy jeździmy!
...
...
...
A kurtyna spada i zabija się na miejscu.


Jeśli nie rozumiecie mojego mindfucku - we wzorcu rasy FCI czytamy, że upośledzenie oddychania jest wadą dyskwalifikującą psa zarówno z wystaw jak i z hodowli. Więc wolę nie wiedzieć, co się dzieje na zawodach, gdzie przepuszczają psy z takimi zaburzeniami.

wtorek, 27 czerwca 2017

Przedmioty na ósmym semestrze lubelskiej weterynarii

Patomorfologia 
Oczywiście dalej zajmujemy się sekcjami, ale w ostatnim semestrze dodatkową atrakcją jest trzyczęściowy egzamin.
Pierwsza (zazwyczaj) jest sekcja. Sposób przeprowadzania egzaminu zależy od prowadzącego. Doktor L. skupia się na technice sekcyjnej, podczas gdy pewna persona urządza przedsmak zdawania teorii, wypytując o jakieś szczegóły, do których człowiek absolutnie nie ma głowy. W ostatecznym rozrachunku zdają wszyscy.
Następną częścią są "szkiełka", czyli rozpoznawanie preparatów mikroskopowych. Był to jaszczurkowy koszmar. Niby krążą wszelakie prezentacje z obowiązującymi nas preparatami, ale te, którymi dysponuje katedra, są chyba z innego świata. Byłam bliska łez, gdy okazało się, że wszystkie swoje szkiełka mogę opisać jako "zamazane różowe gówno". Dzięki niebiosom, że można było się ze sobą konsultować. Doktor L. też był przekochany, besztając nas jedynie za... brak pewności siebie.
Ostatnia, zdecydowanie najgorsza, jest teoria. Jest to pięć bardzo obszernych pytań + kilka (osiem? nie pamiętam) zdjęć zmian sekcyjnych do rozpoznania. Nic mądrzejszego nie powiem, bo na pierwszym terminie najpierw z opadniętą szczęką przeczytałam pytania, później z wytrzeszczonymi oczami popatrzyłam na zdjęcia, po czym wyprułam z sali wraz z połową innych zdających, odprowadzana brawami profesora.

Higiena mięsa
Formuła ćwiczeń się nie zmieniła. Mieliśmy jeszcze jeden wyjazd do rzeźni, podczas którego teoretycznie zdawaliśmy egzamin z naszych umiejętności badania poubojowego świń. Znowu trafiła nam się para najsympatyczniejszych doktorów, więc wszyscy dostali piątki, ale z tego co mi wiadomo niektóry potrafili stawiać dwóje i odsyłać na ustne zaliczenie.
Egzamin to test podobny do tego, który pisaliśmy na mleku. Po pierwszym terminie egzaminu następuje wręczenie Złotych B... Hmmm, chyba nie wolno mi dokończyć.

Rozród koni 
Kilka razy chodziliśmy do klaczy (jednak często jako ostatnia grupa słyszeliśmy, że "jest późno i konie już śpią") i raz robiliśmy pozorowaną fetotomię. Poza tym to standardowe przepisywanie prezentacji. Grupy doktora K. muszą nastawić się na cotygodniowe odpytywanie, przy czym treść pytań, a już zwłaszcza prawidłowe odpowiedzi, są co najmniej dziwne.
Pierwszy termin "zaliczenia na prawach egzaminu" jest pisemny, kolejne ustne u profesora.

Chirurgia koni
Składa się z okulistyki, stomatologii i ortopedii.

Rozród bydła 
Jedyne praktyczne ćwiczenia to szycie uszkodzeń krocza. Chociaż wyjazd do Uhruska też był w ramach tego przedmiotu.
Trwa dwa semestry, dlatego w sesji letniej zdaje się tylko ustne kolokwium u jednego z prowadzących. Ogólnie bardzo w porządku.

Interna bydła 
Chciałabym powiedzieć, że wyniosłam coś z tego przedmiotu, ale niestety. Gdyby przyszło mi zbadać krowę, może udałoby mi się wykrzesać z odmętów umysłu jakąś wiedzę, którą posiadłam na diagnostyce, ale bardziej prawdopodobnym jest, że z wrzaskiem uciekłabym z obory, gubiąc po drodze stetoskop.
Są dwa kolokwia, u nas jedno było pisemne, drugie ustne. Większość osób jest zwolnionych z egzaminu (trzeba mieć średnią 4,0), a reszta szczęśliwców musi rozwiązać test.

Dermatologia 
W planie kryje się jako jedne z chorób koni. Tymczasem jest to najprawdziwsza dermatologia psów i kotów. Ćwiczenia były genialne, przynajmniej z doktorem A. Analizowaliśmy przypadki kliniczne, ćwiczyliśmy rozmowy z właścicielami zwierzęcia, musieliśmy sami proponować badania, leczenie i tak dalej. Generalnie super sprawa. Naprawdę dużo pamiętam. Kolokwium jest jedno, u nas było ustne. Egzamin testowy. Można być zwolnionym.

Choroby ryb 
Najbardziej absurdalny, abstrakcyjny i nieprzydatny przedmiot. Jaszczurka wszystkie ćwiczenia przespała, więc ma tylko mgliste pojęcie, że chyba dotyczyły parazytologii. Dwa razy robiliśmy sekcję (karpia i pstrąga) i o ile uwielbiam sekcje na patomorfach, tak tutaj nie byłam w stanie zbliżyć się do rybich flaków. OHYDA. Tyle w temacie. W ramach przedmiotu mieliśmy też wyjazd na stawy hodowlane, z którego nie wyniosłam nic merytorycznego, ale bez dwóch zdań było fajnie.
Kolokwium jest jedno, trzeba rozpoznać ileśtam zdjęć pasożytów.
Można być zwolnionym z egzaminu albo z jego połowy, mieć przedtermin, inne cuda wianki, ale jak zwykle - mnie o to nie pytajcie.

Choroby zwierząt futerkowych 
Przedmiot prowadzony przez doktora dobrze znanego z zoonoz. Spokojny i nudny. W jego ramach odbywa się wyjazd na farmę lisów i norek. W sobotę. Ponad 200 kilometrów od Lublina. Jesteśmy pierwszym rocznikiem, u którego wyprawa ta wypaliła, bo w poprzednich latach odwoływana była przez zarazy, powodzie czy inne klęski żywiołowe. Zaliczenie podobne jak na zoonozach, a więc dosyć przystępne.

Wakacyjne praktyki 
Kliniczne i rzeźniane, odpowiednio cztery i dwa tygodnie. Mamy dowolność wyboru placówki, nie musimy z góry zgłaszać jej do opiekuna praktyk, tak więc stresu i roboty jest z tym znacznie mniej niż było dwa lata temu. Liczę, że praktyki będę opisywać przez wakacje.

Już tylko trzy semestry.
Trzy semestry.
I Jaszczurka faktycznie zostanie lekarzem weterynarii.
Przynajmniej w teorii.

piątek, 23 czerwca 2017

A gdyby tak olać sesję?

Zawsze powtarzałam, że daleko mi podejściem do większości studentów-blogerów, którzy chwalą się swoimi osiągnięciami, motywują do nauki i tak dalej. Lubię weterynarię, ale w studiach nie podoba mi się zbyt wiele rzeczy, bym mogła traktować je z należytą powagą.

Dlatego zamiast martwić się zaliczeniami, wyruszyłam w podróż. Jedną. Drugą. W efekcie zaliczone mam tylko choroby zwierząt futerkowych, internę bydła i rozród bydła. Nie pojawiłam się na mięsie i chirurgii koni. Niczego nie żałuję. Przeżyłam najpiękniejsze momenty w swoim życiu, spełniłam marzenia. Zyskałam coś, co niczym talizman będzie ze mną do końca życia i czego nikt mi nie odbierze. Poetycko się zrobiło, prawda?

... nie bierzcie ze mnie przykładu.

Miałam bardzo ambitny plan, by przyjść na dermatologię i drugi termin chirurgii, ale... No właśnie. Tutaj do akcji wkracza czynnik nieprzewidziany. Ból gardła od dwóch dni? Nic nowego, samo przejdzie. Tak jak ból głowy. Ale prawie 40 stopni gorączki zmusiło mnie do doczołgania się do gabinetu lekarza. Angina ropna, szmery w płucach, początki zapalenia zatok. Jak to możliwe? Nie wiem. Pan doktor twierdził, że powinnam czuć się źle od co najmniej tygodnia. Antybiotyk i zakaz wyłażenia z łóżka nie powstrzymałyby Jaszczurki przed wypełznięciem na egzamin. Ale fakt, że fizycznie nie byłam w stanie się podnieść, jednak zrobił swoje. A w głowie tylko myśl, że trzeci etap moich podróży dopiero przede mną. I bardzo nie chciałabym powikłać sobie tego całego koktajlu chorób jakimś zapaleniem płuc.

Podsumowując - jeśli prześlizgnę się przez tą sesję bez żadnego warunku, to będzie cud.

Praktyki kliniczne już załatwione. Rzeźniane niestety też. Modlę się, by pozwolili mi tam nie chodzić, ewentualnie chodzić co dwa dni. Cokolwiek. Obawiam się, że doznam trwałego uszkodzenia mózgu, oglądając codziennie ubój. Ewentualnie mam bardzo ambitny plan widowiskowego omdlenia, które będzie powtarzać się za każdym razem, gdy wprowadzą mnie na halę uboju. Myślę, że w pewnym momencie nie będę musiała udawać.

Polecam bardzo:
Mi samej daleko do gadania jak native speaker, ale myślałam, że robiąc filmik promocyjny wypadałoby zadbać przynajmniej o to, żeby wypowiedzi były sklecone w sposób gramatycznie poprawny.

Jak tam, maturzyści?
Ktoś zamierza "DŻOJN AS" i "KOM TU LUBLIN?" :D

piątek, 19 maja 2017

Weterynaryjny chrzest

Nadszedł ten moment, o którym słyszałam, odkąd tylko zaczęłam w liceum przebąkiwać o weterynarii.
Czynność, która od zawsze jest obiektem wielu (najczęściej mało inteligentnych) żartów, dzisiaj stała się dla nas faktem.
Tak, proszę państwa. Badaliśmy krowy per rectum.
Ale zacznijmy, tak jak to zawsze u mnie, od samego początku.

Zajęcia z rozrodu mamy już od początku semestru. Większość z nich jest - zaskoczę Was - teoretyczna, ale w sumie było kilka wyjątków. A to płukanie macicy, a to USG pęcherzyków na jajnikach, macanie wyizolowanych narządów rozrodczych czy fetotomia. To ostatnie było zdecydowanie najbardziej spektakularne i najciekawsze. Mimo to wszyscy czekali z niecierpliwością na główny punkt programu - czyli badanie per rectum.

Sprawę komplikuje fakt, że uczelnia "stacjonarnie" nie posiada stada krów, którym żądni wiedzy studenci mogliby pakować ręce do prostnicy. Parę muciek na klinikach się znajdzie, ale nie dałoby rady przeprowadzić na nich ćwiczeń dla całego roku. Na pewno nie bez szkody dla krów. Dlatego trzeba pojechać na wycieczkę.

Z niegdyś bardzo wielu uczelnianych gospodarstw ostało się jedno (a przynajmniej jedno, w którym hodowane są krowy) pod samą granicą z Ukrainą. Po przyjeździe na miejsce od razu stało się jasne, że czasy mogą się zmieniać, ale PGR zawsze pozostanie PGRem. Uwielbiam takie klimaty. I tym razem nie jest to sarkazm.
Na miejscu musieliśmy przebrać się w ochronne umundurowanie. Przebłyskiem geniuszu ze strony jednego z kolegów było założenie na siebie jednorazowego kombinezonu. Może gdybym wpadła na ten sam pomysł, nie moczyłabym teraz własnego fartucha w proszku do prania firanek, usiłując wywabić z niego plamy po kupie. 

Samo badanie było... Jakby to określić... W porządku? Krowy są całkiem wdzięczne. Czasami trochę uciekają zadkiem (a jak to mówi doktor P. - "mały ruch zwierzęcia powoduje duży ruch lekarzem"), ale łatwo i szybko da się je uspokoić. Żadna też nie próbowała kopać, przynajmniej nie w tej okolicy, w której się kręciłam. Miła to odmiana po koniach, które nawet stojąc w poskromie potrafią wyprawiać cuda na kiju. Wsadzenie ręki wcale nie jest szczególnie trudne. Gorzej tylko z rozeznaniem się w środku. Chociaż trzymałam już kiedyś w ręce szyjkę macicy i wiedziałam, czego powinnam szukać, nijak nie potrafiłam ogarnąć się w tej masie miękkich tkanek. Tylko miednicę czułam wyraźnie. Ostatecznie wydaje mi się, że szyjkę zlokalizowałam u dwóch krówek, ale na tym koniec sukcesów. Tym bardziej, że wystarczyła chwila, żeby cała ręka mi cierpła i opadła z sił. O ile ręka może z sił opaść. Może to kwestia mojego nikczemnego wzrostu, może z nerwów sama się spinałam, a może to lekkie siłowanie się z krowim odbytem robi taką robotę. Nie wiem. Podziwiam lekarzy, którym kilka sekund wystarczy na rozpoznanie miesiąca ciąży, zrostów w macicy, pęcherzyka na jajniku i innych cudów wianków. To dla mnie wyższy poziom magii. 

Ogólnie czynność trochę brudna. Pachnąca właściwie nie gorzej niż cała reszta obory. Prowadzący nikogo nie zmuszali do badania, ale jednak uważam, że fajnie to zrobić. Choćby dlatego, by wreszcie móc z powagą odpowiedzieć na cudze dowcipkowanie odnośnie badania rektalnego jakimś tekstem w stylu: "Tak, wykonywałam je. Bardzo polecam. Miękko i ciepło."

Ale nie dajcie się zwieść mojemu opisowi. Tak naprawdę pod przykrywką ćwiczeń dla studentów miał miejsce zbiorowy gwałt. 
Na szczęście zrozumieliśmy swój błąd i następne ćwiczenia w oborze zgodnie zbojkotujemy, organizując w zamian kampanię uświadamiającą pod hasłem "Przytulam, nie gwałcę". 

niedziela, 26 marca 2017

"Gdzie kupię yorka tak za 300 złotych?"

Przyznaję się. Jestem psiarą. Kilkugodzinne spacery, nawet w deszczu lub mrozie, kurier z Zooplusa, zostawiający co miesiąc gigantyczną paczkę przed domem, wybieranie smaczków godzinami, obsesyjnie kupowanie nowych zabawek, szelki do chodzenia, szelki do pływania, szelki na wyjścia specjalne, kilometry taśmy treningowej... Tak, według wielu osób nie jestem normalna.

Może niektórzy jeszcze pamiętają, gdy tu na blogu opisywałam chorobę i śmierć mojego poprzedniego psa. Bardzo szybko, bo w te same wakacje zaczęłam rozglądać się za nowym przyjacielem. Znalazłam ogłoszenie o szczeniakach po suce owczarka niemieckiego. Za darmo. Pomyślałam, że może zdarzył się jakiś "wypadek", a ktoś nie miał serca zrobić sterylki aborcyjnej. Och, słodka naiwności. Zadzwoniłam. "Darmo" okazało się znaczyć "500 złotych", bo "koszty utrzymania".
- Nie, proszę pani, ja żadnej hodowli to nie mam, no ale ja mam sukę, a szwagier ma psa i tak o, je dopuszczamy sobie...

Na różnych grupach w stylu "Pcim Dolny - kupię, sprzedam, zamienię" co rusz pojawiają się pytania w stylu:
Gdzie kupię szczeniaka yorka tak za 300 złotych?
Gdy tylko ktoś zwróci uwagę, że tak tanio nie dostanie się rodowodowego psa z hodowli, to macie gwarancję, że zaraz pojawi się odpowiedź w stylu "mi papier niepotrzebny!". Skoro niepotrzebny, to może adopcja psa ze schroniska lub fundacji? Nie ma mowy! Przecież to ma być rasowy york!
... 
W takich momentach mój mózg na chwilę staje, porażony niezachwianą logiką owego miłośnika psów. Ale jakakolwiek dyskusja sprowadza się do tego, że tym złym jest właśnie ktoś zwracający uwagę na problem pseudohodowli. 
"Droższy nie znaczy lepszy!"
"Nie stać mnie na szczeniaka za kilka tysięcy!"
"Nie chcę jeździć na wystawy, po co mi rodowód"
I tak dalej, i tak dalej. 

Wielu osobom pseudohodowla kojarzy się od razu z wyniszczoną suką trzymaną gdzieś w komórce, z brudem i zaniedbaniem. W wielu przypadkach tak jest. Czasami zdjęcie z ogłoszenia pokazuje puchate szczeniaczki gdzieś na trawie, zainteresowani przyjeżdżają, widzą właśnie taki obrazek i zadowoleni odjeżdżają z pieskiem. Ilu z nich zapytało się o matkę szczeniaków? 

Kiedy byłam jeszcze na pierwszym roku, do lecznicy przyszła kobieta, która zajmowała się ratowaniem suk z pseudo. Przyprowadziła ze sobą piękną berneńkę z ranami od łańcucha na szyi i gruczołami mlecznymi sięgającymi połowy łap. Wspaniali właściciele wystawili ją za darmo na portalu ogłoszeniowym. Zapewne już się "zużyła". Bo taki jest los suczek w takich "hodowlach". Mają rodzić, rodzić i rodzić. Gdy nie zachodzą już w ciążę, ronią albo rodzą martwe szczenięta, wspaniały pan "hodowca" się ich pozbywa. 

Ale pseudohodowlą jest też stereotypowy "Janusz", który ma na podwórku sukę "w typie owczarka" i co cieczkę dopuszcza ją do jakiegoś psa również "w typie", by mieć "szczeniaki owczarka niemieckiego". Kim jest ów "reproduktor"?
Może bratem suki.
Może jej ojcem.
Może największym agresorem we wsi (ale w końcu pies ma stróżować!).
Może jest alergikiem (ale po co badać, on się tylko drapie).
Właściciel wystawia pieski za 500 złotych, szczeniaki śliczne, matka zadbana, więc przecież nic złego nie robi. Ciężkie czasy, każdy chce trochę sobie dorobić do pensji.

Ów "hodowca" jest dla przyszłego właściciela psa autorytetem.
Potrafi sprzedać szczenięta czterotygodniowe ("pani, bo husky to się szybciej usamodzielniają").
Potrafi sprzedać szczenięta nieszczepione ("pani, bo na szczepienia to za wcześnie, dopiero jak rok skończą to można").
Potrafi sprzedać szczenięta nieodrobaczone ("nie no, żadnych robaków to one nie mają, suka taka czysta, że ho ho").
Potrafi sprzedać szczenięta chore ("a ten jeden to taki będzie zasmarkany, taka jego uroda, weteryniorz był i wszystko w porządku").

Kupując psa za kilkaset złotych, ludzie nakręcają biznes pseudohodowców. Jest popyt, jest podaż. Rozumiem, że ktoś może marzyć o konkretnej rasie, a nie jest szczególnie majętny. Są i na to sposoby. Można być w kontakcie z kilkoma hodowlami (mówię tu o prawdziwych hodowlach, zarejestrowanych w ZKwP). Czasami w miocie zdarza się szczeniak, który nie spełnia wzorca rasy, nie będzie mógł on wówczas uczestniczyć w wystawach i będzie sprzedany dużo taniej - a wciąż będzie miał rodowód. Innym sposobem jest śledzenie fundacji zajmujących się ratowaniem konkretnych ras psów - przykłady: S.O.S Bullterrier, Ratujemy Dogi, SOS Husky. Rasowe psy trafiają się nierzadko również w zwykłych miejskich schroniskach.

Bardzo serdecznie polecam ten wpis, gdzie wszystko jest wyjaśnione bardzo trafnie i przejrzyście (i bez jaszczurkowego sarkazmu):
http://www.nie-taki-pies.pl/o-co-chodzi-z-tym-rodowodem/

A jak skończyła się moja historia? Przejrzałam jeszcze kilka ogłoszeń. Wszędzie "darmowe" szczeniaki okazywały się kosztować kilkaset złotych, więc w żadnym przypadku nie był to przypadkowy miot, dla którego ktoś chciałby znaleźć dobry dom. A ja nie chciałam mieć psa rasowego. Chciałam mieć po prostu psa. Przyjaciela. No dobrze, wymaganie było jedno - żeby był duży. I tak udało mi się odmienić los jednego stworzenia, które ktoś podrzucił do schroniska.
Moje błękitnookie, gryzące stworzenie

wtorek, 14 marca 2017

Kwestia anonimowości

Zakładając tego bloga na pierwszym roku, chciałam stworzyć kompendium wiedzy o weterynarii na mojej uczelni - czyli po prostu coś, czego mi brakowało. Były wprawdzie inne blogi, ale ja miałam swój pomysł, swoją wizję i wrażenie, że będę bardziej wytrwała w prowadzeniu takiego pamiętnika. Nawet adres wybierałam z myślą, że będę pisać także po skończeniu studiów. W sumie nadal mam taką nadzieję.

Jestem zadowolona z tego, jak rozwinął się blog. Nie jest to nic spektakularnego, ale prawie cztery tysiące wyświetleń miesięcznie nazwałabym wynikiem przyzwoitym. Oczywiście mam nadzieję, że liczba ta się zwiększy, ale... wszystko w swoim czasie.

Wybierając taką, a nie inną drogę blogowania musiałam liczyć się z tym, że nie będę do końca anonimowa. Z jednej strony mam ochotę pisać więcej, opisywać konkretniej ćwiczenia albo jakieś zdarzenia czy anegdoty... Ale wtedy zdradziłabym zbyt wiele. Z perspektywy czasu żałuję, że nie wybrałam takiego sposobu blogowania jak Doktor Dom czy Leila. Nie udałoby mi się stworzyć wówczas przewodnika po studiach, ale miałabym wolność wypowiedzi. Wolność myśli. Wolność pióra.

Niedawno jedna blogerka została wezwana na dywanik do dziakanatu z powodu własnego bloga. A nie zdradzała żadnych szczegółów. Nie podawała nazwy uczelni ani nawet miasta. Nie wstawiała zdjęć z niczym konkretnym. A i tak ktoś ją znalazł. I życzliwy donos poszedł do dziakana. Coś mnie tknęło i zaczęłam robić mały research. Zaskakująco dużo osób z roku zna mojego bloga. Zdecydowanie więcej niż bym chciała.

Część osób pewnie popuka się w czoło jak moja przyjaciółka i rzuci, że przecież musiałam się z tym liczyć. Pisze się bloga dla ludzi, nie dla siebie. Pewnie. Tylko Jaszczurka ma częste napady bezmyślności. I to był jeden z nich. Nie myślałam, co będzie kiedyś. W sumie nadal nie mam tendencji do wybiegania w przyszłość dalej niż miesiąc.

Wracając do anonimowości... Wydaje mi się, że wraz z ósmym semestrem wszyscy postanowili przestać być bezimiennym studentem, jednym z wielu wśród szarej i znudzonej masy. Bo warto zaznaczyć, że przy trzydziestoosobowych grupach praktycznie każdy jest anonimowy. Lekarze, choćby chcieli (chociaż w większości przypadków nie chcą), nie byliby w stanie nas zapamiętać. W związku z tym sekcje naukowe przeżywają oblężenie. Podobnie jak dyżury. Każdy chciałby zakręcić się przy jakiś lekarzu, jeździć w teren, podglądać operacje. Są osoby, które udzielają się dosłownie wszędzie. Tylko czekać, aż wyskoczą z lodówki. Ale w wielu przypadkach jest to bezowocne, bo pierwszeństwo do czegokolwiek zawsze będą mieć osoby ze stażu. My za to możemy na przykład pooglądać ich plecy.

Jako osoba z wrodzoną niechęcią do wpychania się i wciskania, obserwuję to wszystko z boku, nie mając bladego pojęcia, co właściwie powinnam ze sobą zrobić. Nie widzę siebie właściwie nigdzie. Na ćwiczeniach cały czas obcujemy tylko z końmi, co tylko potęguje moje pragnienie do wtopienia się w ścianę. Wszystko co robimy jest dla mnie bardzo ciekawe, ale nie chciałabym wykonywać tego sama pod okiem prowadzącego, sarkastycznych stajennych i trzydziestu par oczu znajomych z grupy. Poza tym nigdy nie ukrywałam, że nie żywię wobec koni ciepłych uczuć.

Jakby mało było pozytywów, wszystko wskazuje na to, że nagle dostałam sakramencko silnej alergii na te zwierzęta i jestem skupiona tylko i wyłącznie na tym, by się nie udusić. A w testach sprzed paru lat alergii brak, dwa tygodnie po drugim roku spędziłam w stajni, na ćwiczeniach na trzecim roku wszystko spoko, a teraz bam... Takie moje szczęście. Choć może być to bardzo niefortunna wypadkowa przechodzonej infekcji, niesprzątanej od miliona lat stajni i początku pylenia syfów wszelakich. Oczywiście umówiłam się na wizytę do lekarza i szczęśliwie pozostał mi już tylko miesiąc czekania. Może przeżyję.

A co do ósmego semestru, jakby to kogoś interesowało, z klinicznych przedmiotów jest rozród koni, rozród bydła, interna bydła, chirurgia koni i dermatologia (małych zwierząt, WRESZCIE).