piątek, 23 czerwca 2017

A gdyby tak olać sesję?

Zawsze powtarzałam, że daleko mi podejściem do większości studentów-blogerów, którzy chwalą się swoimi osiągnięciami, motywują do nauki i tak dalej. Lubię weterynarię, ale w studiach nie podoba mi się zbyt wiele rzeczy, bym mogła traktować je z należytą powagą.

Dlatego zamiast martwić się zaliczeniami, wyruszyłam w podróż. Jedną. Drugą. W efekcie zaliczone mam tylko choroby zwierząt futerkowych, internę bydła i rozród bydła. Nie pojawiłam się na mięsie i chirurgii koni. Niczego nie żałuję. Przeżyłam najpiękniejsze momenty w swoim życiu, spełniłam marzenia. Zyskałam coś, co niczym talizman będzie ze mną do końca życia i czego nikt mi nie odbierze. Poetycko się zrobiło, prawda?

... nie bierzcie ze mnie przykładu.

Miałam bardzo ambitny plan, by przyjść na dermatologię i drugi termin chirurgii, ale... No właśnie. Tutaj do akcji wkracza czynnik nieprzewidziany. Ból gardła od dwóch dni? Nic nowego, samo przejdzie. Tak jak ból głowy. Ale prawie 40 stopni gorączki zmusiło mnie do doczołgania się do gabinetu lekarza. Angina ropna, szmery w płucach, początki zapalenia zatok. Jak to możliwe? Nie wiem. Pan doktor twierdził, że powinnam czuć się źle od co najmniej tygodnia. Antybiotyk i zakaz wyłażenia z łóżka nie powstrzymałyby Jaszczurki przed wypełznięciem na egzamin. Ale fakt, że fizycznie nie byłam w stanie się podnieść, jednak zrobił swoje. A w głowie tylko myśl, że trzeci etap moich podróży dopiero przede mną. I bardzo nie chciałabym powikłać sobie tego całego koktajlu chorób jakimś zapaleniem płuc.

Podsumowując - jeśli prześlizgnę się przez tą sesję bez żadnego warunku, to będzie cud.

Praktyki kliniczne już załatwione. Rzeźniane niestety też. Modlę się, by pozwolili mi tam nie chodzić, ewentualnie chodzić co dwa dni. Cokolwiek. Obawiam się, że doznam trwałego uszkodzenia mózgu, oglądając codziennie ubój. Ewentualnie mam bardzo ambitny plan widowiskowego omdlenia, które będzie powtarzać się za każdym razem, gdy wprowadzą mnie na halę uboju. Myślę, że w pewnym momencie nie będę musiała udawać.

Polecam bardzo:
Mi samej daleko do gadania jak native speaker, ale myślałam, że robiąc filmik promocyjny wypadałoby zadbać przynajmniej o to, żeby wypowiedzi były sklecone w sposób gramatycznie poprawny.

Jak tam, maturzyści?
Ktoś zamierza "DŻOJN AS" i "KOM TU LUBLIN?" :D

piątek, 19 maja 2017

Weterynaryjny chrzest

Nadszedł ten moment, o którym słyszałam, odkąd tylko zaczęłam w liceum przebąkiwać o weterynarii.
Czynność, która od zawsze jest obiektem wielu (najczęściej mało inteligentnych) żartów, dzisiaj stała się dla nas faktem.
Tak, proszę państwa. Badaliśmy krowy per rectum.
Ale zacznijmy, tak jak to zawsze u mnie, od samego początku.

Zajęcia z rozrodu mamy już od początku semestru. Większość z nich jest - zaskoczę Was - teoretyczna, ale w sumie było kilka wyjątków. A to płukanie macicy, a to USG pęcherzyków na jajnikach, macanie wyizolowanych narządów rozrodczych czy fetotomia. To ostatnie było zdecydowanie najbardziej spektakularne i najciekawsze. Mimo to wszyscy czekali z niecierpliwością na główny punkt programu - czyli badanie per rectum.

Sprawę komplikuje fakt, że uczelnia "stacjonarnie" nie posiada stada krów, którym żądni wiedzy studenci mogliby pakować ręce do prostnicy. Parę muciek na klinikach się znajdzie, ale nie dałoby rady przeprowadzić na nich ćwiczeń dla całego roku. Na pewno nie bez szkody dla krów. Dlatego trzeba pojechać na wycieczkę.

Z niegdyś bardzo wielu uczelnianych gospodarstw ostało się jedno (a przynajmniej jedno, w którym hodowane są krowy) pod samą granicą z Ukrainą. Po przyjeździe na miejsce od razu stało się jasne, że czasy mogą się zmieniać, ale PGR zawsze pozostanie PGRem. Uwielbiam takie klimaty. I tym razem nie jest to sarkazm.
Na miejscu musieliśmy przebrać się w ochronne umundurowanie. Przebłyskiem geniuszu ze strony jednego z kolegów było założenie na siebie jednorazowego kombinezonu. Może gdybym wpadła na ten sam pomysł, nie moczyłabym teraz własnego fartucha w proszku do prania firanek, usiłując wywabić z niego plamy po kupie. 

Samo badanie było... Jakby to określić... W porządku? Krowy są całkiem wdzięczne. Czasami trochę uciekają zadkiem (a jak to mówi doktor P. - "mały ruch zwierzęcia powoduje duży ruch lekarzem"), ale łatwo i szybko da się je uspokoić. Żadna też nie próbowała kopać, przynajmniej nie w tej okolicy, w której się kręciłam. Miła to odmiana po koniach, które nawet stojąc w poskromie potrafią wyprawiać cuda na kiju. Wsadzenie ręki wcale nie jest szczególnie trudne. Gorzej tylko z rozeznaniem się w środku. Chociaż trzymałam już kiedyś w ręce szyjkę macicy i wiedziałam, czego powinnam szukać, nijak nie potrafiłam ogarnąć się w tej masie miękkich tkanek. Tylko miednicę czułam wyraźnie. Ostatecznie wydaje mi się, że szyjkę zlokalizowałam u dwóch krówek, ale na tym koniec sukcesów. Tym bardziej, że wystarczyła chwila, żeby cała ręka mi cierpła i opadła z sił. O ile ręka może z sił opaść. Może to kwestia mojego nikczemnego wzrostu, może z nerwów sama się spinałam, a może to lekkie siłowanie się z krowim odbytem robi taką robotę. Nie wiem. Podziwiam lekarzy, którym kilka sekund wystarczy na rozpoznanie miesiąca ciąży, zrostów w macicy, pęcherzyka na jajniku i innych cudów wianków. To dla mnie wyższy poziom magii. 

Ogólnie czynność trochę brudna. Pachnąca właściwie nie gorzej niż cała reszta obory. Prowadzący nikogo nie zmuszali do badania, ale jednak uważam, że fajnie to zrobić. Choćby dlatego, by wreszcie móc z powagą odpowiedzieć na cudze dowcipkowanie odnośnie badania rektalnego jakimś tekstem w stylu: "Tak, wykonywałam je. Bardzo polecam. Miękko i ciepło."

Ale nie dajcie się zwieść mojemu opisowi. Tak naprawdę pod przykrywką ćwiczeń dla studentów miał miejsce zbiorowy gwałt. 
Na szczęście zrozumieliśmy swój błąd i następne ćwiczenia w oborze zgodnie zbojkotujemy, organizując w zamian kampanię uświadamiającą pod hasłem "Przytulam, nie gwałcę". 

niedziela, 26 marca 2017

"Gdzie kupię yorka tak za 300 złotych?"

Przyznaję się. Jestem psiarą. Kilkugodzinne spacery, nawet w deszczu lub mrozie, kurier z Zooplusa, zostawiający co miesiąc gigantyczną paczkę przed domem, wybieranie smaczków godzinami, obsesyjnie kupowanie nowych zabawek, szelki do chodzenia, szelki do pływania, szelki na wyjścia specjalne, kilometry taśmy treningowej... Tak, według wielu osób nie jestem normalna.

Może niektórzy jeszcze pamiętają, gdy tu na blogu opisywałam chorobę i śmierć mojego poprzedniego psa. Bardzo szybko, bo w te same wakacje zaczęłam rozglądać się za nowym przyjacielem. Znalazłam ogłoszenie o szczeniakach po suce owczarka niemieckiego. Za darmo. Pomyślałam, że może zdarzył się jakiś "wypadek", a ktoś nie miał serca zrobić sterylki aborcyjnej. Och, słodka naiwności. Zadzwoniłam. "Darmo" okazało się znaczyć "500 złotych", bo "koszty utrzymania".
- Nie, proszę pani, ja żadnej hodowli to nie mam, no ale ja mam sukę, a szwagier ma psa i tak o, je dopuszczamy sobie...

Na różnych grupach w stylu "Pcim Dolny - kupię, sprzedam, zamienię" co rusz pojawiają się pytania w stylu:
Gdzie kupię szczeniaka yorka tak za 300 złotych?
Gdy tylko ktoś zwróci uwagę, że tak tanio nie dostanie się rodowodowego psa z hodowli, to macie gwarancję, że zaraz pojawi się odpowiedź w stylu "mi papier niepotrzebny!". Skoro niepotrzebny, to może adopcja psa ze schroniska lub fundacji? Nie ma mowy! Przecież to ma być rasowy york!
... 
W takich momentach mój mózg na chwilę staje, porażony niezachwianą logiką owego miłośnika psów. Ale jakakolwiek dyskusja sprowadza się do tego, że tym złym jest właśnie ktoś zwracający uwagę na problem pseudohodowli. 
"Droższy nie znaczy lepszy!"
"Nie stać mnie na szczeniaka za kilka tysięcy!"
"Nie chcę jeździć na wystawy, po co mi rodowód"
I tak dalej, i tak dalej. 

Wielu osobom pseudohodowla kojarzy się od razu z wyniszczoną suką trzymaną gdzieś w komórce, z brudem i zaniedbaniem. W wielu przypadkach tak jest. Czasami zdjęcie z ogłoszenia pokazuje puchate szczeniaczki gdzieś na trawie, zainteresowani przyjeżdżają, widzą właśnie taki obrazek i zadowoleni odjeżdżają z pieskiem. Ilu z nich zapytało się o matkę szczeniaków? 

Kiedy byłam jeszcze na pierwszym roku, do lecznicy przyszła kobieta, która zajmowała się ratowaniem suk z pseudo. Przyprowadziła ze sobą piękną berneńkę z ranami od łańcucha na szyi i gruczołami mlecznymi sięgającymi połowy łap. Wspaniali właściciele wystawili ją za darmo na portalu ogłoszeniowym. Zapewne już się "zużyła". Bo taki jest los suczek w takich "hodowlach". Mają rodzić, rodzić i rodzić. Gdy nie zachodzą już w ciążę, ronią albo rodzą martwe szczenięta, wspaniały pan "hodowca" się ich pozbywa. 

Ale pseudohodowlą jest też stereotypowy "Janusz", który ma na podwórku sukę "w typie owczarka" i co cieczkę dopuszcza ją do jakiegoś psa również "w typie", by mieć "szczeniaki owczarka niemieckiego". Kim jest ów "reproduktor"?
Może bratem suki.
Może jej ojcem.
Może największym agresorem we wsi (ale w końcu pies ma stróżować!).
Może jest alergikiem (ale po co badać, on się tylko drapie).
Właściciel wystawia pieski za 500 złotych, szczeniaki śliczne, matka zadbana, więc przecież nic złego nie robi. Ciężkie czasy, każdy chce trochę sobie dorobić do pensji.

Ów "hodowca" jest dla przyszłego właściciela psa autorytetem.
Potrafi sprzedać szczenięta czterotygodniowe ("pani, bo husky to się szybciej usamodzielniają").
Potrafi sprzedać szczenięta nieszczepione ("pani, bo na szczepienia to za wcześnie, dopiero jak rok skończą to można").
Potrafi sprzedać szczenięta nieodrobaczone ("nie no, żadnych robaków to one nie mają, suka taka czysta, że ho ho").
Potrafi sprzedać szczenięta chore ("a ten jeden to taki będzie zasmarkany, taka jego uroda, weteryniorz był i wszystko w porządku").

Kupując psa za kilkaset złotych, ludzie nakręcają biznes pseudohodowców. Jest popyt, jest podaż. Rozumiem, że ktoś może marzyć o konkretnej rasie, a nie jest szczególnie majętny. Są i na to sposoby. Można być w kontakcie z kilkoma hodowlami (mówię tu o prawdziwych hodowlach, zarejestrowanych w ZKwP). Czasami w miocie zdarza się szczeniak, który nie spełnia wzorca rasy, nie będzie mógł on wówczas uczestniczyć w wystawach i będzie sprzedany dużo taniej - a wciąż będzie miał rodowód. Innym sposobem jest śledzenie fundacji zajmujących się ratowaniem konkretnych ras psów - przykłady: S.O.S Bullterrier, Ratujemy Dogi, SOS Husky. Rasowe psy trafiają się nierzadko również w zwykłych miejskich schroniskach.

Bardzo serdecznie polecam ten wpis, gdzie wszystko jest wyjaśnione bardzo trafnie i przejrzyście (i bez jaszczurkowego sarkazmu):
http://www.nie-taki-pies.pl/o-co-chodzi-z-tym-rodowodem/

A jak skończyła się moja historia? Przejrzałam jeszcze kilka ogłoszeń. Wszędzie "darmowe" szczeniaki okazywały się kosztować kilkaset złotych, więc w żadnym przypadku nie był to przypadkowy miot, dla którego ktoś chciałby znaleźć dobry dom. A ja nie chciałam mieć psa rasowego. Chciałam mieć po prostu psa. Przyjaciela. No dobrze, wymaganie było jedno - żeby był duży. I tak udało mi się odmienić los jednego stworzenia, które ktoś podrzucił do schroniska.
Moje błękitnookie, gryzące stworzenie

wtorek, 14 marca 2017

Kwestia anonimowości

Zakładając tego bloga na pierwszym roku, chciałam stworzyć kompendium wiedzy o weterynarii na mojej uczelni - czyli po prostu coś, czego mi brakowało. Były wprawdzie inne blogi, ale ja miałam swój pomysł, swoją wizję i wrażenie, że będę bardziej wytrwała w prowadzeniu takiego pamiętnika. Nawet adres wybierałam z myślą, że będę pisać także po skończeniu studiów. W sumie nadal mam taką nadzieję.

Jestem zadowolona z tego, jak rozwinął się blog. Nie jest to nic spektakularnego, ale prawie cztery tysiące wyświetleń miesięcznie nazwałabym wynikiem przyzwoitym. Oczywiście mam nadzieję, że liczba ta się zwiększy, ale... wszystko w swoim czasie.

Wybierając taką, a nie inną drogę blogowania musiałam liczyć się z tym, że nie będę do końca anonimowa. Z jednej strony mam ochotę pisać więcej, opisywać konkretniej ćwiczenia albo jakieś zdarzenia czy anegdoty... Ale wtedy zdradziłabym zbyt wiele. Z perspektywy czasu żałuję, że nie wybrałam takiego sposobu blogowania jak Doktor Dom czy Leila. Nie udałoby mi się stworzyć wówczas przewodnika po studiach, ale miałabym wolność wypowiedzi. Wolność myśli. Wolność pióra.

Niedawno jedna blogerka została wezwana na dywanik do dziakanatu z powodu własnego bloga. A nie zdradzała żadnych szczegółów. Nie podawała nazwy uczelni ani nawet miasta. Nie wstawiała zdjęć z niczym konkretnym. A i tak ktoś ją znalazł. I życzliwy donos poszedł do dziakana. Coś mnie tknęło i zaczęłam robić mały research. Zaskakująco dużo osób z roku zna mojego bloga. Zdecydowanie więcej niż bym chciała.

Część osób pewnie popuka się w czoło jak moja przyjaciółka i rzuci, że przecież musiałam się z tym liczyć. Pisze się bloga dla ludzi, nie dla siebie. Pewnie. Tylko Jaszczurka ma częste napady bezmyślności. I to był jeden z nich. Nie myślałam, co będzie kiedyś. W sumie nadal nie mam tendencji do wybiegania w przyszłość dalej niż miesiąc.

Wracając do anonimowości... Wydaje mi się, że wraz z ósmym semestrem wszyscy postanowili przestać być bezimiennym studentem, jednym z wielu wśród szarej i znudzonej masy. Bo warto zaznaczyć, że przy trzydziestoosobowych grupach praktycznie każdy jest anonimowy. Lekarze, choćby chcieli (chociaż w większości przypadków nie chcą), nie byliby w stanie nas zapamiętać. W związku z tym sekcje naukowe przeżywają oblężenie. Podobnie jak dyżury. Każdy chciałby zakręcić się przy jakiś lekarzu, jeździć w teren, podglądać operacje. Są osoby, które udzielają się dosłownie wszędzie. Tylko czekać, aż wyskoczą z lodówki. Ale w wielu przypadkach jest to bezowocne, bo pierwszeństwo do czegokolwiek zawsze będą mieć osoby ze stażu. My za to możemy na przykład pooglądać ich plecy.

Jako osoba z wrodzoną niechęcią do wpychania się i wciskania, obserwuję to wszystko z boku, nie mając bladego pojęcia, co właściwie powinnam ze sobą zrobić. Nie widzę siebie właściwie nigdzie. Na ćwiczeniach cały czas obcujemy tylko z końmi, co tylko potęguje moje pragnienie do wtopienia się w ścianę. Wszystko co robimy jest dla mnie bardzo ciekawe, ale nie chciałabym wykonywać tego sama pod okiem prowadzącego, sarkastycznych stajennych i trzydziestu par oczu znajomych z grupy. Poza tym nigdy nie ukrywałam, że nie żywię wobec koni ciepłych uczuć.

Jakby mało było pozytywów, wszystko wskazuje na to, że nagle dostałam sakramencko silnej alergii na te zwierzęta i jestem skupiona tylko i wyłącznie na tym, by się nie udusić. A w testach sprzed paru lat alergii brak, dwa tygodnie po drugim roku spędziłam w stajni, na ćwiczeniach na trzecim roku wszystko spoko, a teraz bam... Takie moje szczęście. Choć może być to bardzo niefortunna wypadkowa przechodzonej infekcji, niesprzątanej od miliona lat stajni i początku pylenia syfów wszelakich. Oczywiście umówiłam się na wizytę do lekarza i szczęśliwie pozostał mi już tylko miesiąc czekania. Może przeżyję.

A co do ósmego semestru, jakby to kogoś interesowało, z klinicznych przedmiotów jest rozród koni, rozród bydła, interna bydła, chirurgia koni i dermatologia (małych zwierząt, WRESZCIE).

piątek, 17 lutego 2017

Przedmioty na siódmym semestrze lubelskiej weterynarii

Patomorfologia
W tym semestrze zaczynają się sekcje! Może nie jest to najbardziej pasjonująca rzecz pod słońcem, ale wszystko lepsze niż oglądanie szkiełek. Każdy musi mieć foliowe ochraniacze na buty (jakieś crocsy czy inne klapki nie mają sensu, bo na sali sekcyjnej jest zawsze mokro), a osoby sekcjonujące potrzebują dodatkowego fartucha - fizelinowy, foliowy, z długim rękawem, bez rękawów - wszystko opcjonalne. Sekcję wykonują dwie-trzy osoby. Na ćwiczeniach są zazwyczaj trzy zwierzaki. Przy każdym stole musi być też dodatkowo protokolant, który będzie zapisywał wszystko, co stwierdzą osoby sekcjonujące. Sekcje robi się zwykłymi nożami, zapomnijcie o filigranowych skalpelach. Dodatkowo bywa dość... brutalnie (moim ulubiony momentem jest wyszarpywanie przełyku wraz z tchawicą). Zapachy na sali zależą od tego, jaki materiał akurat się trafił, ale cóż, nigdy nie są to fiołki. Raz zdarzyła się taka sytuacja, że po wstępnym otwarciu okazało się, że pies grozi eksplozją i pan techniczny szybko musiał go ewakuować.
Żeby zaliczyć semestr, każdy musi zrobić przynajmniej jedna sekcję i oddać z niej idealnie napisany protokół. Niektórzy prowadzący wymagają przy tej okazji odpowiedzi ustnej na zadany temat.

Parazytologia
Ćwiczenia jak to ćwiczenia - nic porywającego.
Egzamin ma formę testową, pytań jest 120, ołówki i gumki dostajemy od Zakładu. Przed egzaminem odbywa się też wręczenie nagród za najlepszy wpis w książce stażowej. Chyba kiedyś już o tym pisałam. Każdy członek zwycięskiego zespołu (lub zespołów) dostaje drewnianego węża. Na wyróżnienie mogą też liczyć członkowie kółka parazytologicznego. W tym roku otrzymali jakieś wypasione obiektywy do smartfonów. Wracając do samego egzaminu - spora część pytań się powtarza, ale uwaga, w treści potrafi być zmienione jedno słówko, które przewraca sens do góry nogami.
Można być zwolnionym, ale warunki tego nie są mi do końca znane. Wiem, że wybrańcy muszą zaliczyć tylko test ze stawonogów zamiast całego egzaminu.

Radiologia 
Coś na co wszyscy czekali, czyli odczytywanie zamazanych, czarno-białych obrazków. I tutaj krótko i bez ściemy - przedmiot da Wam naprawdę dobre podstawy. Wiadomo, że nie uda się przekazać wiedzy i doświadczenia, które ludzie zdobywają przez całe życie na kursie, który trwa raptem jeden semestr. Ale podstawowe zmiany będziecie umieli rozpoznać. Mówię tu o RTG, ponieważ co do USG... No cóż. Poświęcone mu były raptem jedne ćwiczenia.
Kolokwium jest tylko jedno, ale za to na każdych zajęciach jest odpytywanie na ocenę. Każdy musi mieć jedną ocenę z odpowiedzi przed i jedną po kolokwium. Warto się zgłaszać, zwłaszcza od razu na początku semestru.
Egzamin jest ustny. Dostaje się przypadek kliniczny do rozwikłania, kilka pytań z teorii i pięć zdjęć do opisu.
Tutaj warto złapać zwolnienie. Za średnią minimum 4,5 z całego semestru, dostaje się możliwość przyjścia na przedtermin. Szczęśliwcy ci dostają jedynie zestaw zdjęć do rozpoznania.

Choroby zakaźne koni 
Sucha teoria. Tylko tyle mam do powiedzenia odnośnie zajęć.
Egzamin przypomina trochę zaliczenie mikrobiologii. Pytanie w stylu "gorączka zachodniego nilu jako zoonoza" i pisz wszystko, ale nie może być za dużo, za mało też nie, a jak będzie nie na temat, to w ogóle przepadłeś.

Choroby wewnętrzne koni 
Ćwiczenia są teoretyczne i praktyczne, zależy jak się trafi. Doktor P. prowadzi zajęcia w genialny sposób, wszystko zostaje w głowie, nie czepia się szczegółów, przekazuje najważniejsze rzeczy. Jak jest u innych - nie wiem. Forma kolokwiów zależy od prowadzącego. Egzamin zazwyczaj był praktyczny i teoretyczny, w tym roku musieliśmy się zmierzyć jedynie z teorią.
Można mieć przedtermin za jakąś przyzwoitą średnią i udział w sekcji hipiatrycznej.

Higiena mięsa
Któż nie byłby zachwycony dwuipółgodzinnymi ćwiczeniami, na których omawiane są wszystkie procedury dotyczące uboju zwierząt i badania mięsa? Do tego dochodzą jeszcze wyjazdy do rzeźni. Czegóż chcieć więcej?
W semestrze są dwa kolokwia. Jedno pisemne, drugie (z włośni) pisemno-ustne.

Higiena mleka
Przedmiot bliźniaczy do poprzedniego, jeszcze bardziej fascynujący. Zwieńczony jest egzaminem testowym.
Dzień po pierwszym terminie egzaminu odbywa się uroczystość zwana Mlecznymi Oscarami. Jest to uroczyste wręczenie indeksów osobie, którym udało się zdać mleko za pierwszym podejściem. Zwycięzcy wyczytywani są z nazwiska, otrzymują brawa i muszą wyjść na środek auli, by odebrać swój indeks z uściskiem dłoni prowadzącego w gratisie.

Zoonozy
Dziwny przedmiot, z którego odbywają się tylko ćwiczenia (i to też co dwa tygodnie). Mieszanka wiedzy z zakazów, parazytologii i mikrobiologii.
Egzamin jest w formie opisowej, ale zarazem dość... przystępnej.

No.. I tak to wygląda.
Tylko tak dziwnie człowiekowi z myślą, że zostały już tylko cztery semestry.

sobota, 28 stycznia 2017

Kurczakarnia

Z powodu całego natłoku zaliczeń mniejszych i większych, zapomniałam opowiedzieć o drugiej wycieczce do rzeźni.

Tym razem nie musieliśmy wyjeżdżać za miasto. Wystarczyło trafić na ulicę Zimną do oddziału firmy, która w logo ma tłuściutkiego indyka. Nomen omen - zamarzliśmy tam na kość i dreptaliśmy między jednym budynkiem, a drugim, usiłując nie zamienić się w bryły lodu, czekając na prowadzącego. Wiecie jak jest - student musi być idealnie punktualny. Z kolei doktor może zarówno przyjść pół godziny później, jak i tyle samo przedłużyć ćwiczenia.

Na samym wejściu powitała nas tablica z napisem:
Dni bez wypadku - 19
Zapachniało to trochę PRLowską komedią, ale gdy po chwili musieliśmy przejść do innego budynku ścieżką pokrytą litym lodem, pomyślałam sobie, że zaraz liczba z tablicy zmieni się na zero i popsujemy im tak dobrze prosperujące statystyki.

Zamiast naszych białych kaloszków, zakupionych za ciężko odchorowane pieniądze, musieliśmy po raz kolejny mieć foliowe ochraniacze do kolan. Pomijam fakt, że zaraz po przejściu przez szczotki dezynfekujące, owe foliówki zsunęły mi się aż do kostek i - nieświadoma tego aktu - sunęłam tak przez całą rzeźnię. Szczegóły. Do tego oczywiście potrzebne nam były fizelinowe czepki i takież fartuchy.

Na szczęście rola lekarza weterynarii w ubojni drobiu polega tylko na oglądaniu, więc nie musieliśmy robić nic praktycznego. Za to widzieliśmy jeszcze żywe kurczaki, sunące na rzeź. Cóż, kto widział ten widział, bo Jaszczurka zamknęła oczy. A potem wpatrywała się w stanowisko oznaczone nalepką "ubój", gdzie wisiała gigantyczna łopata. Nie wiem, nie pytajcie. Nie czuję, że będę gorszym lekarzem przez to, że w tym jednym momencie udawałam, że nie istnieję.

Zapach w rzeźni drobiarskiej to sprawa oddzielna. Wręcz nie można nazwać już tego zapachem. Smród, proszę państwa. Smród, który towarzyszył wszystkim aż do domu, do wzięcia kąpieli i wrzucenia ciuchów do pralki. Rzeźnia wieprzowa pachniała przy tym jak najlepsze perfumy.

Ogólnie rzecz biorąc - było nieszkodliwie. Nie musieliśmy nic robić. Nikt nie zadawał nam pytań. Szkoda tylko, że wyjazd został wymyślony tuż przed sesją. A sesja po siódmym semestrze nie zna litości. Radiologia, parazytologia, higiena mleka, choroby zakaźne koni, interna koni, zoonozy i toksykologia. Tak, wszystko to egzaminy.

środa, 25 stycznia 2017

Anxiety has got me strung out and frustrated...

... so I loose my head or I bang it up against the wall 

Znacie błędne koło stresu? Nie mogę się uczyć, bo jestem zestresowana, że nic mi nie wyjdzie, po czym stresuję się jeszcze bardziej, że nic nie robię, ale nie mogę tego zmienić, bo jestem zestresowana. 

Czwarty rok nie jest dla mnie wcale łatwiejszy. Ani trochę. Nawet ciut-ciut. Może to dlatego, że mam niebywały talent do piętrzenia sobie zaległości. I nawet zdobyte jakimś cudem przedterminy z egzaminów obróciły się przeciwko mnie, bo nie mam kiedy się do nich przygotować. 

Więc co robi Jaszczurka zamiast się uczyć? Żali się na nadmiar nauki na blogu. Logika zachowana. Jak zawsze.