czwartek, 7 grudnia 2017

Za każdym razem

Za każdym razem, gdy mówisz, że lekarze weterynarii "zdzierają kasę" lub robią wszystko tylko dla pieniędzy.

Za każdym razem, gdy odmawiasz badań, żądając jednak, by wiedzieć "co jest nie tak z moim zwierzakiem".

Za każdym razem, gdy przypadkowo dowiadujesz się, że ktoś jest lekarzem weterynarii i prosisz go o darmową poradę odnośnie twojego zwierzaka w miejscu absolutnie do tego nieodpowiednim.

Za każdym razem, gdy obsmarowujesz lekarza weterynarii w sieci, gdy wszystko zostało wykonane zgodnie z procedurami, ale twój zwierzak i tak zmarł.

Za każdym razem, gdy twoje zaniechanie i brak profilaktyki spowodował przedwczesną śmierć twojego zwierzaka, a i tak obwiniłeś lekarza weterynarii.

Za każdym razem, gdy lekarz przychodzi do pracy wcześniej i zostaje do późna, ponieważ twój chory od kilku dni zwierzak stał się nagłym przypadkiem o 21 w piątek, a ty żądasz wizyty, mówiąc, że tylko lekarze bez serca nie będą leczyć twojego skarba.

Za każdym razem, gdy narzekasz na koszty leczenia weterynaryjnego, porównując ludzką medycynę i ubezpieczenie zdrowotne do posiadania zwierzaka.

Za każdym razem, gdy nie zapłacisz rachunku i myślisz, że masz do tego prawo.

Za każdym razem, gdy wchodzisz do kliniki i grozisz, że "zniszczysz kogoś, jeśli popełni jakikolwiek błąd przy moim skarbie".

Za każdym razem, gdy lekarz weterynarii po studiach patrzy na setki tysięcy złotych kredytu i słucha, jak przyjechawszy do kliniki swoim nowym Mercedesem narzekasz na koszty sterylizacji z użyciem dobrego anestetyku i środków przeciwbólowych.

Za każdym razem - jesteś częścią problemu.

Problemem są samobójstwa wśród lekarzy weterynarii. 


***

Powyższy tekst jest luźnym tłumaczeniem facebookowego wpisu Tracy Mclelland Smit. Ja o żadnym samobójstwie nie myślałam i nie myślę, spokojnie. Nie znam też statystyk, więc nie mam pojęcia, jak wielu lek wetów decyduje się na odebranie sobie życia. Aczkolwiek tekst porusza ważną kwestię - bycia dupkiem. Bo taka gadanina uderza nawet w osoby silne psychicznie. Lekarz weterynarii nie jest maszyną, opalaną miłością do zwierząt. 

piątek, 24 listopada 2017

Mięsny jeż

Siedzimy sobie, wkuwając definicje wędzonek i kiełbasy. Prawie-że-lekarze pięćdziesiąty raz uczą się, na jakich podłożach rośnie Salmonella i po raz czterdziesty dziewiąty dziwią się, że tego nie pamiętają. Myślałby kto, że na piątym roku będzie normalnie. Nagle falę pseudonaukowego bełkotu i malkontenckich rozważań przerywa roztropny głos:
- Jak w ogóle nazywa się ten przedmiot?
Cisza. Brakuje tylko świerszczy.
- Puszki?
- Mięso?
- Przetwórstwo?
Sprawdzamy. Okazuje się - higiena produktów pochodzenia zwierzęcego.
I to w sumie była jedyna wartościowa informacja, którą wyniosłam z całej tej sesji naukowej.

A tę piosenkę miałam w głowie przez całe ćwiczenia, na których degustowaliśmy kiełbasy.

Niby tyle się dzieje na tych studiach, a ja jednak nie mam o czym pisać. To znaczy mam - scenariusze odcinków do Latającego Cyrku Monty Pythona w wersji weterynaryjnej. Ale wolę tego nie robić, póki jeszcze mam status studenta. Po odebraniu dyplomu opublikuję co lepsze kawałki. Obiecuję.

niedziela, 15 października 2017

Witaj, piąty roku!

Właściwie nie wierzę w cuda, ale muszę przyznać, że moje zaliczenie ósmego semestru jest jednym z nich.
Jeśli zastanawialiście się, czy da się w trakcie sesji odwiedzić cztery kraje, później zostać przykutym do łóżka przez anginę ropną, a finalnie zaliczyć wszystkie przedmioty, to mogę Was zapewnić - da się!

Szczególnie wesoło wspominam egzamin z rozrodu koni. Był on w pewien czerwcowy czwartek. Ja jeszcze w środę siedziałam w Wenecji nad brzegiem Il Canal Grande, machając nogami i jedząc kawałek pizzy. No dobrze, właściwie to suchą bułkę, ale pizza brzmi bardziej klimatycznie. Samolot miałam dopiero o 17:30, więc mogłam praktycznie przez pół dnia korzystać z włoskiego słońca. O 19:10 przylot do Krakowa, o 21 Polski Bus i przyjazd do Lublina o 2 w nocy w czwartek. Egzamin o 10. Wszystko idealnie rozplanowane. Co mogłoby pójść nie tak?
No cóż, nie przewidziałam, że nad Wenecją rozpęta się burza. Może nie żaden huragan czy oberwanie chmury, ale zwykła burza, uniemożliwiająca planowe startowanie samolotów. W efekcie spędziłam na lotnisku stanowczo więcej czasu niż przewidywałam, wzbudzając ogólną wesołość, gdy wyciągnęłam z plecaka kocyk i poduszkę i ułożyłam się do snu. Na krakowskim lotnisku znalazłam się po 23, a na Dworcu Głównym w okolicach 1 w nocy. Polski Bus do Lublina znajdował się w strefie marzeń. Zostawał pociąg o 5 rano. Co do tego czasu? Gotowa byłam już po raz kolejny wyciągać kocyk, ale okazało się, że koleżanka wynajmuje pokój hotelowy tuż obok dworca i użyczy mi kawałka łóżka. Byłam bliska rozpłakania się ze szczęścia. Po dwóch godzinach snu i czterech podróży pociągiem zdążyłam wpaść do mieszkania w Lublinie, wziąć szybki prysznic, założyć na grzbiet koszulę i pobiec na egzamin, na który notatki przeczytałam tylko raz podczas koczowania na lotnisku.
I co?
Zdałam!
Wprawdzie miałam problem nawet z napisaniem, jak się nazywam, ale z zakamarków zmęczonego umysłu udało mi się wygrzebać odpowiedzi na pytania.
Albo po prostu miałam szczęście i ktoś nie czytał mojej pracy.

Wracając do tematu wpisu... Oto jestem na piątym roku.
Czy czuję się mądrzejsza? Nie.
Dojrzalsza? Nie.
Czy czuję, że od zdobycia tytułu lekarza dzielą mnie już tylko trzy semestry? Nie.
Czy jestem przerażona zbliżającą się odpowiedzialnością i mam ochotę przeleżeć resztę życia pod kocykiem, oglądając bajki Disneya? Tak.

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że zajęcia prezentują się lepiej niż dotychczas. Wprawdzie jest interna i chirurgia małych zwierząt, na których naprawdę coś robimy i musimy prezentować "lekarski" tok myślenia, ale to tylko dwa przedmioty wśród całej masy. Resztę stanowią choroby ptaków (myślałam, że po rybach nie czeka mnie już żaden koszmar), zakazy i chirurgia bydła, czyli jedna wielka slajdologia, puszki, prewencja, dietetyka, andrologia i rozród. Interesująca jest jeszcze sądówka, ale zajęcia trwają 45 minut. Naprawdę mi się podobają, ale zleciały tak szybko, że nawet nie zdążyłam dobrze wczuć się w klimat. Jakby mało było atrakcji, z ptaków trzeba wyrobić staż, którego termin narzucony jest odgórnie. Niektórym wypada na Święta Bożego Narodzenia, innym na Wielkanoc, weekend majowy, a część przegrywów będzie miała go dopiero na szóstym roku. Możecie zgadywać, w której grupce się znajduję. Nigdy nie miałam farta do takich rzeczy.

Miałam bardzo ambitny plan załapać się na praktyki na radiologii, bo czarno-białe obrazki to coś, co naprawdę mi się podoba. Na czwartym roku niby wszyscy nas zapraszali, a teraz, gdy przyszło co do czego, dostałam odpowiedź odmowną. Ponieważ musiałam czekać na nią tydzień, przepadła mi możliwość dostania się do prywatnych klinik. I tak wylądowałam na praktykach w miejscu, w którym nigdy bym się nie widziała, ale kto wie, może to przeznaczenie?

Do usłyszenia!

PS Ale ten koncert był dobry!

piątek, 22 września 2017

Oneshot #9

Wieczór. W gabinecie ja i Janek. Proszę następną osobę z kolejki, na co wpada do środka babeczka w średnim wieku. Widziałam, że siedziała na korytarzu od dobrej godziny. Lekarz z drugiego gabinetu zapraszał ją wcześniej do siebie, ale ona stwierdziła, że czeka do Janka. Często tak bywa, nic dziwnego. Natomiast klient przychodzący bez zwierzęcia zdarza się dużo rzadziej.
Pani wchodzi, łypie na mnie podejrzliwie, po czym postanawia mnie ignorować, odwraca się plecami i przenosi całą swoją uwagę na Janka.
- Czy może pan wyjąć kleszcza?
Mój ulubiony pan doktor nawet na nią nie zerka, wypełniając coś zawzięcie w papierach. Odpowiada więc automatycznie.
- Tak, nie ma problemu.
Babeczka aż pokraśniała.
- To cudownie, bo wie pan, na pogotowiu takie kolejki...
- Co? - Janek podnosi głowę znad biurka i zauważa brak zwierzęcia. - Zaraz, to pani ma tego kleszcza?
- No tak - potwierdza radośnie kobieta. - I ja sama nie potrafię i się boję...
- Nie, nie, nie... Nie mogę wyciągnąć kleszcza z pani. To w ogóle nie wchodzi w grę.
- W internecie przeczytałam, że najlepiej z tym iść do weterynarza... I specjalnie czekałam do pana doktora, bo pan tutaj ma największe doświadczenie, tak pięknie pan zoperował mojego psa...
Największe doświadczenie... Jasne. Jak dla mnie bardziej chodziło o to, że Janek wygląda trochę jak Derek Sheperd. Po jeszcze jednej odmowie babka kapituluje.
- Może pan chociaż zerknąć, czy to na pewno jest kleszcz? Bo wie pan, mi tak w sumie ciężko zobaczyć i nie jestem pewna.
- Dobrze, niech pani pokaże, jeśli koniecznie musi...
Tak też zrobiła. A raczej próbowała. Udało nam się ją powstrzymać, gdy już ściągała majtki.


sobota, 16 września 2017

Każdy ma jakieś słabości...

Może niektórzy pamiętają mój post sprzed roku, w którym zwierzałam się ze swojego strachu odnośnie igieł. Chociaż strach to nie do końca adekwatne słowo. Upraszczając sprawę - mdleję przy jakiejkolwiek ingerencji igłami w ludzkie ciało. Zwłaszcza moje. Ostatnio byłam na badaniach krwi, sukces był taki, że udało mi się nie stracić przytomności. Ale tylko dlatego, że trafiłam na wspaniałe pielęgniarki, które zawczasu ustabilizowały mnie w pozycji poziomej.
Kiedy opowiedziałam tę historię ekipie z lecznicy, Maciek uznał to za niezwykle zabawne. Postanowiliśmy, w imię nauki rzecz jasna, zrobić mały eksperyment. Jedną rękę potraktowałam lidokainą w żelu, drugą w sprayu. Wnioski - ta w żelu działa lepiej, ale obie w zasadzie niewiele dają. A na pewno nie są wystarczające, żebym nie zasłabła przy próbie założenia wenflonu.

Miałam wrażenie, że tylko ja jestem takim ułomem, który tak reaguje. W końcu lekarz weterynarii powinien być silny, niezłomny i nie brzydzić się niczego. Na szczęście rzeczywistość pokazała, że ludzie są tylko ludźmi.

Na stole zabiegowym mamy śpiącego kota z gigantycznym ropniem po pogryzieniu. Właściciel się ulotnił, zostałam sama z Maćkiem. Wszystko wygolone, zdezynfekowane, Maciek nacina skórę i z kota dosłownie wylewa się ropa. Ja przyglądam się z zafascynowaniem, a on...
- Jaszczurka, dokończysz? - pyta Maciek, który nagle magicznym sposobem znalazł się w drugim końcu gabinetu i dziwnie pozieleniał na twarzy.
- .... JA?!
- Spokojnie, powiem ci po kolei, co masz robić. - Nieszczególnie mnie to przekonuje, zważywszy, że pan doktor patrzy w okno.
- Ale...
- Oj daj spokój, poradzisz sobie. - Skubaniec wie, od której strony mnie podejść. - Po prostu mi niedobrze, okej? Nie mogę, ropnie są dla mnie po prostu obrzydliwe. Ale spokojnie, zaraz mi przejdzie.
I faktycznie. Po chwili zrobiło mu się lepiej i wspólnymi siłami udało nam się oczyścić ranę.

Innym razem był późny wieczór, a do nas przyniesiono całkiem nieżywą świnkę morską. Lubię robić sekcje zwłok. Może to nienormalne, ale takie już mam zboczenie. Dobrze odnalazłabym się w weterynarii sądowej. Wracając do denatki... Akurat na dyżurze byłam z Anią, stażystką. Stwierdziłyśmy - kroimy! Po przecięciu skóry i tkanki podskórnej okazało się, że świnka pachnie... no cóż, rozkładającą się świnką. Na mnie nie zrobiło to szczególnego wrażenia, ale Ania zbladła i oddaliła się na bezpieczną odległość. Zaraz zaczęła się tłumaczyć, że powinna się przyzwyczaić do takich zapachów, ale... Przerwałam jej szybko, zapewniając, że może potrafię wytrzymać taki zapach, ale za to zemdleję, jeśli tylko ukłuje mnie igłą, więc wcale lepsza nie jestem. I jednej i drugiej zrobiło się lepiej, bo nie ma to jak wspierać się w swoich ułomnościach :D

Kolejna sytuacja - golę śpiącego psa przed zabiegiem. Praktycznie całą tylną łapę. A co się stało? Ano kości piszczelowa i strzałkowa złamały się tak, że noga wygląda, jakby zyskała nadprogramowy staw z całkiem sporą ruchomością. I kiedy musiałam podnieść łapę, żeby ogolić ją od spodu, wyginała się ona pod bardzo nienaturalnymi kątami. Niezbyt przyjemny widok, ale idzie przeżyć. A jeden z lekarzy musiał wyjść z pomieszczenia, bladozielony na twarzy, mamrocząc pod nosem, jak bardzo brzydzi go ortopedia i że ortopedzi muszą być psychopatami :D

Podsumowując... Czasami dostaję pytania, jak to jest z zapachami i widokami na weterynarii i czy da się do tego przyzwyczaić. Jak widać jednoznacznej odpowiedzi nie ma. To co u jednego nie spowoduje nawet drgnięcia powieki, kogoś innego może pozbawić równowagi. Jeśli mdlejecie na widok kropelki krwi - może być ciężko. Ale jakie nudne byłoby życie, gdybyśmy nie ryzykowali i nie podejmowali głupich decyzji!

czwartek, 24 sierpnia 2017

Historia nauki dawania w kanał

W lecznicy trwają zakłady, kto nauczy mnie skutecznie zakładać wenflon.
Zazwyczaj po naciągnięciu skóry nie mogę znaleźć żyły, ale bywa też tak, że trafiam idealnie i przebijam ją na wylot. Ewentualnie nie potrafię zgrać ruchu wyjmowania igły z wsuwaniem całej reszty, panikuję i wyciągam całość z żyły. Tak, jestem niemal zupełnie pozbawiona zdolności manualnych (dlatego nigdy nie uda mi się opanować wstępu do Thunderstruck, chociaż gram na gitarze od czternastu lat)
Wszyscy dają mi masę dobrych rad, pokazują swoją technikę... I nic. Porażka za porażką.
Oczywiście jest jedna osoba niewtajemniczona w nasze szpitalne zabawy. Janek. Janek większość czasu zajęty jest swoimi Ważnymi Badaniami i drugą pracą, w której zarabia miliony. Do nas wpada jak burza, zajęty milionem czynności i jakimiś dziwnymi przypadkami, więc ogarnia otoczenie na pół gwizdka.

Pewnego dnia dosłownie wbiega na szpital z beaglopodobnym psem pod pachą, stawia go na stole i rzuca do mnie i do rok młodszego kolegi z wolontariatu:
- Kto zakłada wenflon?
Spoglądam na kolegę. On spogląda na mnie. Normalnie byśmy się pobili, jednak nikt nie chce zgarnąć od Janka ochrzanu za krzywo założona stazę czy coś w tym stylu.
- Kto potrafi?
Znowu wymiana spojrzeń. Mentalne "kamień-papier-nożyce". Niestety remis.
- Nikt nie potrafi, świetnie. - Janek dopełnia to zdanie teatralnym westchnięciem.
O nie, tak nie będziemy pogrywać. Wkurzył mnie. Zaczynam wszystko przygotowywać z prędkością huraganu. Janek patrzy z lekkim zaskoczeniem. Chyba miał nadzieję, że zgłosi się kolega, bo z nim złapał jakąś nić porozumienia. Mi nadal daje tak ambitne zadania jak "znajdź moją pieczątkę", "znajdź mi dobrą taśmę klejącą", "wyłącz mikroskop". To oznaka najwyższego zaufania, no nie?
Golę, dezynfekuję, zaciskam stazę, pojawia się całkiem ładna żyła. Mogłaby być większa, ale cóż. Naciągam skórę, dzięki boru żyła nie znika całkowicie. Dla pewności sprawdzam palcem, po czym sięgam po wenflon..
- Dwója.
Patrzę na Janka, całkowicie wybita z rytmu.
- Co się stało?
- Dotknęłaś palcem zdezynfekowaną skórę. I tak chciałaś się wkłuć?
Oczywiście miał rację. Co nie zmienia faktu, że mnie zirytował. Dezynfekuję więc jeszcze raz i jednym sprawnym ruchem wenflon ląduje w żyle. Jakbym nie robiła w życiu nic innego. Nawet ręka mi nie zadrżała i nie miałam żadnych problemów z synchronizacja ruchów. Szczerze mówiąc przez myśl mi nie przeszło, że mogłoby mi się nie udać.
Janek zerka na mnie podejrzliwie i próbuje przepłukać. Bez problemu. Przy braku możliwości przyczepienia się do czegokolwiek, łapie psa pod pachę i znika na sali operacyjnej.
Ja przez chwilę wręcz unoszę się z euforii, ale na szczęście jakiś pies postanawia się zsikać i sprowadza mnie tym samym na ziemię.

A jak nie wychodziło z tymi wenflonami, tak nie wychodzi. Swój sukces udało mi się powtórzyć jak do tej pory tylko raz, na spokojnym labradorze, który miał żyły wielkości rury kanalizacyjnej. W temacie podjętych prób straciłam rachubę.

Naprawdę szczerze podziwiam wszystkich, którzy potrafią założyć wenflon człowiekowi. Szacun dla Was


PS Dziś cewnikowałam, pies zrobił na mnie kupę, a szczeniak, którego spuściłam z oka na dosłownie dwadzieścia sekund, rozwalił klatkę tlenową. Niekończące się pasmo sukcesów!

piątek, 18 sierpnia 2017

Oneshot #8

- No dobra, Jaszczurka, no to przyjmuj następnego pacjenta.
Rozejrzałam się odruchowo, chcąc znaleźć w pobliżu inne stworzenie o tym samym imieniu. Na próżno.
- Ja?!
- Tak, kojarzę tego pana, on tylko na kontrolę, zbierzesz wywiad, wklepiesz do komputera, ja zaraz wrócę.

Cóż było robić. Zaprosiłam pana do gabinetu. Siadłam na fotelu lekarza, czując się tak cholernie nieswojo, ale udając profesjonalizm, poprosiłam go, aby się przedstawił i wyjaśnił, co go sprowadza.
- Nazywam się Jan Kowalski, ale kotka w sumie może być na żonę Monikę, sam już nie wiem. Przyniosłem kał do badania, nie pamiętam jakiego, ale tam tydzień temu coś znaleźliście i miałem przyjść jeszcze raz, więc przychodzę. Kotek czuje się już świetnie, poprawa była natychmiastowa, no aż mi się wierzyć nie chciało! Mam jej nadal dawać tę karmę? Bo wie pani, ona je teraz tą *nazwa, która absolutnie nic mi nie mówi*, ale chcieliśmy przestawić ją na *nazwa, która nie mówi mi nic jeszcze bardziej*, a w ogóle to wczoraj jedliśmy na kolację takie serdelki z Lidla, kojarzy pani? Takie małe. I dostała trochę. No właściwie prawie całego. I zjadła z apetytem. Ja wiem, że takich serdelków to kotu nie bardzo, ale coś jej się stanie? To znaczy, że można rozszerzyć dietę? I w ogóle kiedy ją można zaszczepić? Nie wiem, w sumie na co się szczepi koty. Na wściekliznę? Jakiś znajomy niby szczepił swojego kota na wściekliznę, ale ja to nie wiem, chyba obowiązku nie ma, to znaczy, że nie chorują? A może na ten katar? Na wszystko byśmy chcieli. To można na raz? I odkłaczyć ją byśmy chcieli. W sumie to nie wiem, czy jej to potrzebne, ale wczoraj jak wyszła z koszyka to trzy razy tak jakby jej się odbiło. Zaniosłem ją szybciutko do kuwety, ale nic się nie stało. I tak nie wiem, może zjadła trochę pompona? Wczoraj jej przymocowaliśmy do koszyka. Strasznie się nim lubi bawić. Taki pompon to może kotu zaszkodzić? Jakby zjadła? Ale chyba nie zjadła. I nie wiem, jak się odkłacza koty? Słyszałem coś o jakiejś paście? A no i pazury, czy kotom obcina się pazury? Jak i co ile?

Wszystko to było wypowiedziane niemal na jednym wdechu, a zanim zdążyłam pozbierać swoją opadniętą szczękę (właściwie to żuchwę, ale to źle brzmi :D) z podłogi i wykonać choćby jedno kliknięcie myszką, wrócił lekarz.
- Jaszczurka, dlaczego nawet nie otworzyłaś wizyty? Co ty tak długo tutaj robiłaś?
... Medytowałam.

Stwierdziłam, że powinno pojawiać się tu więcej "mojej" muzyki, bo gdy wpis nie sprowokuje do rozmowy, zawsze może zrobić to piosenka.

PS Robiłam dziś po raz pierwszy w życiu USG!!!